---

Od niedawna Muzeum im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu posiada swoją stronę także na facebooku. Zapraszamy do komentowania i interakcji. Poniżej zamieszczamy link do strony.

https://m.facebook.com/Muzeum-im-Jana-Kasprowicza-120990515968631/?ref=bookmarks

---

hosting

Drobiazg 16 z nieczynnego do odwołania muzeum

Tydzień z Janem Kasprowiczem w Roku Jana Kasprowicza trwa. Dzisiaj część druga inowrocławskiej biografii Poety.


Wiosną 1870 roku dziewięcioletni Jana Kasprowicz rozpoczyna edukację w inowrocławskim gimnazjum dla chłopców. Obecnie w budynku tym mieści się I LO im. Jana Kasprowicza. Koszty nauki syna stanowiły spore obciążenie dla budżetu Państwa Kasprowiczów. Samo czesne wynosiło wówczas 4 talary pruskie, dodatkowo wpisowe w wysokości 1 talara 10 groszy srebrnych. Nie wspominając o mundurku czy podręcznikach. Wykształcenie syna było dla Józefy priorytetem dlatego dzielnie znosiła wszelkie wydatki

i niedogodności z tym związane. Już jako dorosły człowiek, Kasprowicz wielokrotnie podkreślał, iż to matce zawdzięcza prawie wszystko. Początki nauki był bardzo trudne dla naszego poety. Codziennie musiał pieszo pokonywać sporą odległość z Szymborza do gimnazjum, mieszczącego się w centrum miasta. Jako, że rodzina była bardzo uboga, nie było jej także stać na porządne ubrania.

Później w liście do swojego przyjaciela i redaktora warszawskiego ,,Przeglądu Tygodniowego’’,

Adama Wiślickiego tak opisuje ten okres :

,,Od młodości chowałem się w stosunkach najsmutniejszych. Dostawszy się do gimnazjum, sam nie wiem, w jaki, sposób, musiałem chodzić z domu o ¾ mili nieraz w śniegu i szarudze, przez ośm lat dostawałem, idąc do szkoły, na dzienne wyżywienie 10 fenigów, zimą nie miałem nigdy ciepłego okrycia nawet, bo pierwsze palto otrzymałem mając lat 17,

za cenę 5 talarów; toteż nabawiłem się choroby gardłowej, która mnie trapiła przez lat 14 i dziś jeszcze (rok 1888) nie opuściła mnie zupełnie.’’

Cytat ten pokazuje jak wielu wyrzeczeń i samozaparcia wymagała nauka dla wiejskiego dziecka. Większość klasy do której uczęszczał Jan Kasprowicz, stanowili synowie inowrocławskich mieszczan i to tych lepiej sytuowanych. Jak łatwo można się domyślić, ubogi chłopak nie został przez nich zbyt przychylnie przyjęty. Koledzy wyszydzali go i spoglądali nań z wyższością. Młody Janek miał też problemy z nauką. Skąd brały się te trudności?

Skoro posiadał potencjał intelektualny a w szymborskiej szkole był jednym z lepszych uczniów. Miało na to wpływ kilka czynników demotywujących, jak zmiana środowiska, docinki ze strony kolegów, wcześniej wspomniane problemy zdrowotne, a także dyskryminacja narodowościowa. Trzeba pamiętać, że większość kadry nauczycielskiej stanowili Niemcy, którzy silnie germanizowali swoich uczniów.

Jan Kasprowicz miał bardzo mocno rozwinięte poczucie tożsamości narodowej, które skrupulatnie pielęgnował w sobie przez całe życie.

Miłość do ojczyzny była mu konsekwentnie wpajana

w domu rodzinnym, kościele czy pierwszej szkole.

Przejawem właśnie tego patriotyzmu było zaangażowanie się Kasprowicza w działalność tajnego kółka pod nazwą Wincenty Pol (cdn.)

Ceny w czasach młodości Jana Kasprowicza

(wg J.A. Szwagrzyk – Pieniądz na ziemiach polskich,

Wrocław 1990):

czesne 4 talary za semestr, wpisowe 1 talar 10 groszy plus koszty mundurka, książek

1 talar = 30 groszy srebrnych

dniówka najemcy w czasie żniw – 5-10 groszy sr.

w tym czasie służący folwarczny zarabiał rocznie 11-30 talarów

dziewka folwarczna rocznie – 6-8 talarów

dzieci w służbie folwarcznej – 1-3 talarów rocznie (1-2 grosze dziennie)

bochenek chleba 3 grosze srebrne

kwarta mleka 1-2,5 grosza sr.

beczka piwa – 3 talary

funt mięsa – 1,5-2,5 grosza sr.

mieszkanie rodziny robotniczej 7-11 talarów

(Agnieszka Dzikiewicz)

---

hostinghostinghosting

Drobiazg 15 z nieczynnego do odwołania muzeum.

Co Jan Kasprowicz nosił przy dewizce czyli jaka szkoda, że mnie tam z nimi nie było!

Dzisiaj oddajmy głos Franciszkowi Rawicie Gawrońskiemu – 1846-1930 – pisarz, powstaniec styczniowy, człowiek o fascynującej biografii, z braku miejsca odsyłam na strony:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Franciszek_Rawita-Gawroński
https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biograf…/franciszek-gawronski
„W czasie częstych moich wycieczek do Włoch i na pobrzeże dalmatyńskie, odwiedzałam antykwariuszy
i kupowałem, między innymi drobiazgi, stare rzymskie monety srebrne i złote. Do jesiennego mego płaszcza – almawiwa (męski płaszcz a właściwie peleryna bez rękawów) – kazałem zrobić z takich monet, zdaje się z popiersiem Antoninów, zrobić ryngraf, który z daleka dość efektownie i oryginalnie wyglądał. Spotkawszy się kiedyś na Akademickiej z Kasprowiczem, zatrzymaliśmy się na chwilkę rozmowy.
Kasprowicz zwrócił uwagę na ryngraf, począł go oglądać i chwalić. A lubił rzeczy piękne.

- Pozwoli Pan, że ja mu to ofiaruję.

Przy tej sposobności zaprosiłem go na kolację do George’a, dokąd ryngraf, kazawszy go odpiąć przyniosłem. Przy tej okazji wypiliśmy bruderszaft.
Z jednej z tych główek Kasprowicz kazał zrobić szpilkę do krawata, którą bardzo chętnie nosił. Drugi mały prezent, jaki otrzymał od mnie, dwie czy trzy złote starożytne monety, miał zawsze zawieszone przy breloku na łańcuszku od zegarka. Z powodu tych właśnie monet wziął temat do wierszowanej dedykacji, jaką położył na początku pierwszego tomu zbiorowego wydania swoich dzieł, które mnie ofiarował:

„Za pieniądz szczerozłoty odpłacam bibułą,
Lecz dobrze wiedząc o tym, że masz duszę czułą
Na serca odrobinę, która z niej przeziera,
Nadzieję mam – nadzieja ta jest wielce szczera
– Że przyjmiesz ją ochotnie. Jeśli nie Franciszku,
Racz nigdy nie zawierać umów przy kieliszku,
Bo źle na tym wychodzisz. Jesteś nazbyt skory,
Nie baczysz co jest Zygmunt, „złocisty” Batory,
Czy jakiś cesarz rzymski. Zresztą dobra nasza!
Niech żyje grosz i dukat, kieliszek i flasza,
Ty i ja, i wszyscy, którzy mają wolę
Zawierać cne umowy u George’a przy stole,
Rzecz prosta, na mą korzyść... Tymi kończę słowy,
Twój szczerze Ci oddany, do usług gotowy –
Jan Kasprowicz”
Cytat za: R. Loth, Wspomnienia o Janie Kasprowiczu, Warszawa 1967.

---

Drobiazg 14 z nieczynnego do odwołania muzeum

Tydzień z Janem Kasprowiczem w Roku Jana Kasprowicza

Wczorajszy drobiazg rozpoczął minicykl spotkań z Janem Kasprowiczem. Dzisiaj część pierwsza inowrocławskiej biografii Poety.

Jan Kasprowicz urodził się 12 grudnia 1860 roku
w niewielkiej wsi Szymborze. Kiedyś była to autonomiczna wieś, dziś jedna z dzielnic Inowrocławia. Wychował się w biednej chłopskiej rodzinie, gdzie ojciec Piotr był analfabetą.
To matka – Józefa z Kloftów - Kasprowiczowa zadbała o edukację najstarszego syna. W rodzinie Kasprowiczów krąży historia opowiadająca
o memencie narodzin wielkiego poety.

Tak relacjonowała to siostra, Anna Roliradowa:
,,Trzy dni męczyła się biedna matka, aż dnia trzeciego, za radą znachorki, położono chorą na snopie długiego, nie młóconego zboża. Babka opisała chorą trzykrotnie kredą święconą. A gdy przyszło na świat niemowlę, wzięła je na ręce i po oglądnięciu niezwykle wielkiego dziecka zawyrokowała: - Dziecko, ja tego nie doczekam, ale Ty będziesz wielkim człowiekiem.’’

Niestety pomimo tak owocnej wróżby, Jan Kasprowicz był dzieckiem słabym i chorowitym, do tego stopnia,
iż rodzice obawiali się o jego życie. W akcie desperacji, nie bacząc na śnieżycę, Józefa Kasprowiczowa owinęła dziecko chustą i udała się do dość odległej miejscowości Góra, aby ofiarować zdrowie syna Matce Boskiej w tamtejszym kościele. W jej mniemaniu była to ostatnia deska ratunku. Mały Janek przeżył,
a matka utwierdziła się przekonaniu, że jej syn został stworzony do stanu duchownego. W tym właśnie kierunku próbowała później popychać syna. Była jego pierwszą nauczycielką, nauczyła go czytać oraz pisać. Zaszczepiła w nim również wszechobecne w jego twórczości miłość oraz szacunek do przyrody. Zapisała go do szymborskiej szkoły, prowadzonej przez Andrzeja Dybalskiego. Janek bardzo lubił swojego nauczyciela i często odwiedzał go w domu. Był zauroczony jedną z jego córek – Pelagią, której później poświęcił jeden z pierwszych wierszy z 1879 r. pt. Bądź Polką!

Kasprowicz był dzieckiem inteligentnym i zaczął przejawiać zdolności artystyczne. Pierwszą z jego pasji było rysowanie. Józefa próbowała nakłonić proboszcza aby wziął syna pod opiekę i przyuczył
go do stanu duchownego, ten jednak był nieugięty i nie zechciał wziąć na siebie odpowiedzialności za edukację młodego Jana Kasprowicza.
Dybalski nie chcąc aby talent chłopaka się zmarnował udał się po poradę do swojego mentora i przyjaciela – Józefa Przybyszewskiego, ojca słynnego Stanisława Przybyszewskiego. Wspólnie uradzili, iż polecą młodego artystę, Józefowi Kościelskiemu, który był zamożnym właścicielem majątków ziemskich m.in.
w Karczynie i Szarleju. Był on wówczas jednym z bardziej światłych przedstawicieli okolicznego ziemiaństwa. Jako, że sam próbował parać się literaturą, chętnie wspomógł młodzieńca i został jego długoletnim mecenasem. Za sprawą jego wstawiennictwa, wiosną 1870 roku mały Jan Kasprowicz rozpoczyna naukę w inowrocławskim gimnazjum.
(Agnieszka Dzikiewicz)

Bądź Polką!

W imionniku p. Pelagii Dybalskiej

Któż zdolen zbudzić sennych w mogile,
Czyjaż gęśl wskrzesi pradziady,
Co by w młodzieńczej działali sile,
Woleli cnotę od zdrady?...

Martwe to ciała! Na odgłos pieśni
Nie zadrgną życiem ich żyły,
Bezwładnie leżąc w grobowej cieśni
Sypią się w popiół i pyły!...

Siostro po Matce skutej w kajdany!
Nasza rzecz tworzyć dziś czyny,
Sławy nikczemnie wieniec zdeptany
Zamienić w świeże wawrzyny.

Minęły czasy, gdy naród imię
Zdobił i szerzył swe wiano,
Dziś jego chwała w grobowcu drzemie,
Nasze wyszydza wróg miano.

Tym mniej fałszywej nie grywaj roli,
Gdy staniesz wobec ciemięzcy,
Ale bądź Polką!... Chociaż w niedoli,
Patrz nań źrenicą zwycieżcy!

Nie myśl jak ludzie nikczemnej duszy,
Co z wrażej piją dziś czary,
Ale bądź Polką, której nie wzruszy
Ni złoto, ani dłoń kary.

My dziś podobni dzieciom Nioby,
Śmiertelna ściga nas strzała,
Gdy legniem, Polko! Obyś na groby
Nasze choć kwiecie zasiała!...

Inowrocław, d. 16 października 1879r.

 

hosting

---

Drobiazg trzynasty z nieczynnego
do odwołania Muzeum

Banknoty z portfela Jana Kasprowicza

Jan Kasprowicz wiele lat spędził we Lwowie, mieście znajdującym się w Monarchii Austro-Węgierskiej. Przez ponad 20 lat, poeta operował guldenami austriackimi a potem koronami austro-węgierskimi. We Lwowie doszło także do spotkania Jana Kasprowicza ze swoim krajanem Stanisławem Przybyszewskim. W restauracji, w porywie przyjaźni, poeci zapragnęli wymienić się pularesami (portfelami). Do wymiany nie dopuścili przyjaciele Jana Kasprowicza, którzy wiedzieli, że Kasprowicz posiada „gruby” portfel a Przybyszewski raczej pusty.

W tym czasie w pularesie Jana Kasprowicza musiały znajdować się korony austro- węgierskie.
Na banknotach austro-węgierskich umieszczonych było sporo informacji. Awers posiadał elementy-wizerunki graficzne takie jak portret kobiecy, herb Monarchii Austriackiej a także opisy wartości w języku niemieckim oraz językach Przedlitawii czyli czeskim, polskim, rusińskim i Zalitawii włoskim, słoweńskim, chorwackim, serbskim i rumuńskim. Rewers odnosił się do Monarchii Węgierskiej. Węgrzy nie tolerowali innego nazewnictwa niż to w ich rodzimym języku. Dlatego też na rewersie nie znalazł się opis w języku słowackim. Układ graficzny i ikonograficzny „strony węgierskiej” banknotów był prawie identyczny do awersu „strony austriackiej”, z wyjątkiem herbów.

W wyniku wybuchu I Wojny Światowej i dużymi kosztami prowadzenia działań wojennych doszło do pogorszenia kursu korony, toteż Jan Kasprowicz musiał używać banknotów z coraz to wyższymi nominałami, które prezentujemy na poniższym zdjęciu.
/Sebastian Jarecki/

hostinghosting

---

hostinghostinghostinghosting

Drobiazg dwunasty z nieczynnego
do odwołania Muzeum

Okruchy wspaniałości czyli o Duszy i Sercu pałacu przy Solankowej 33 opowieść ostatnia (chociaż to nie koniec historii)

Siedziba Muzeum im. Jana Kasprowicza, pałac przy
ul. Solankowej 33 trwa od 124 lat. Przed wielu laty jeden z piękniejszych budynków w Inowrocławiu, później architektoniczny wrak wyrzucony na brzeg najładniejszej ulicy miasta, od 2006 r. dzięki uporowi dyrektor Janiny Sikorskiej i zaangażowania Starostwa Powiatowego w Inowrocławiu znów piękny (chociaż czas na niezbędną kosmetykę już nadszedł!). Magiczne miejsce. (fot.1)

Ponad stuletnie mury kryją prawdziwe skarby, zbiory muzeum. Ale co pozostało z wyposażenia dawnego pałacu, musiało być przecież równie piękne jak sam budynek. Fasadę przebija blisko 50 okien, w czasie remontu postanowiono ocalić jedno oryginalne okno, które znajduje się w sali z wystawą „Galerii kujawskiej”. Banalne ponad 50 okien, kilkaset klamek je otwierających. Szczęśliwie ocalała jedna, mosiężne okucia, dębowe uchwyty tak wypolerowane przez lata użytkowania, że odbija się w nich światło (fot.2).
W niemal każdym pokoju kaflowy piec.
Ten oliwkowy z kolistymi wgłębieniami stał w naszej sali Jana Kasprowicza, gdzieś na dole był wielobarwny z krasnalami. Zostały tylko pojedyncze kafle.
Osoby znające piec z Sali Kominkowej dzisiejszego Ratusza mogą wyobrazić sobie utracone piękno.
Kilka ocalałych kafli pochodzi z bardzo podobnego pieca, pewnie z inowrocławskiej wytwórni Kornaszewskiego. (fot.3) W czasie remontu, przy demontażu stolarki drzwiowej odsłonięte zostały gazetowe uszczelnienia futryn. Strzępy niemieckich gazet z czasów budowy, pieczołowicie zabezpieczone przez Dział Historii muzeum, fragmenty inowrocławskiego „Kujawisher Bote”, poznańskiego „Posenr Tageblatt” i wrocławskiego „Breslauer Zaitung” - odpowiedź na wczorajszą zagadkę.

Najlepiej zachowanym, chociaż w znacznej części odtworzonym elementem dawnego pałacu jest wspaniała, reprezentacyjna klatka schodowa. Drewniany słup, tralki zdobione rzeźbionym manierystycznym ornamentem, poręcz balustrady
i poręcz na ścianie, biegi, stopnie, spocznik i dusza. Czy wiedzieli Państwo, że jeden z elementów drewnianych schodów nosi nazwę dusza – to wolna, pusta przestrzeń między dwoma biegami schodów – element którego fizycznie nie ma. Znaleźliśmy architektoniczną duszę naszego pałacu. I chyba nieprzypadkowo jest ona właśnie w schodach,
idąc po nich, czasem zbiegając słychać dźwięki, skrzypienie... Drewniane stopnie tak jak przed laty odpowiadają/opowiadają. Dusza, a gdzie zatem może być architektoniczne serce naszego pałacu.
Moim zdaniem tuż obok (fot.4). Nie wiem jakim cudownym zrządzeniem losu, dla mnie zupełnie niezrozumiałym, najbardziej nietrwały, kruchy ale i może najpiękniejszy element domu przy Solankowej 33 przetrwał. Witraż rozświetlający klatkę schodową.
Z opowiadania pani dyrektor Sikorskiej wiem, że był już prawie skradziony. Informacja sąsiadów,o zamieszaniu na dziedzińcu czekającego na remont budynku, i reakcja śp. Czesława Sikorskiego ocaliły szklane serce muzeum (niestety skradziono poręcz
z lwią głową, mosiężne klamki, porcelanowa wannę, piec prysznicowy, kamienny odbojnik, chroniący narożnik budynku …). Dusza i Serce zabytkowego pałacu/willi/lazaretu/domu/muzeum przy
ul. Solankowej 33 – w lepszych czasach zapraszam do Muzeum, przyjdźcie przed południem, w słoneczny dzień, wsłuchajcie się odgłosy waszych kroków na schodach, zatrzymajcie się, tak jak pokolenia mieszkańców tego domu spróbujcie spojrzeć przez kolorowe szybki okna. Świat jest piękny !

---

Drobiazg jedenasty - suplement

Dzięki uprzejmości pana Macieja Sobczyka prowadzącego stronę na facebooku www.facebook.com/klatkowiec prezentujemy
zdjęcia lwich schodów z Chojnic i Gorzowa, prawdopodobnie bardzo podobnych do tych zaginionych z naszego pałacu/muzeum przy
ul. Solankowej 33. Panu Maciejowi serdecznie dziękujemy za zrozumienie i życzliwość.
Więcej fascynujących fotografii (także z Inowrocławia) na www.kamienicewpolsce.pl

hostinghostinghostinghosting

---

hostinghostinghosting

Drobiazg jedenasty z nieczynnego
do odwołania Muzeum

„Dom” czyli nienakręcony serial o mieszkańcach kamienicy przy ul. Solankowej 33

Z pewnością pamiętają Państwo serial „Dom”
w reżyserii Jana Łomnickiego. Film opowiadał o życiu mieszkańców kamienicy przy ul. Złotej w Warszawie od 1945 do 1980 r. Losy rodzin Popiołków, Talarów, Lermaszewskich, Szymosiuków, Bawolików, Jańczaków... w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych śledziły miliony Polaków.
Równie dobry scenariusz i film można by nakręcić o mieszkańcach pałacu przy ul. Solankowej 33 – dzisiaj siedzibie inowrocławskiego muzeum.
Wspomnienia znanych mi lokatorów domu opowiadają najczęściej o czasach dzieciństwa. Ten jasny, beztroski czas najbardziej wrył się w pamięć moich Rozmówczyń. Niezależnie od siebie opowiadały bardzo podobne historie, chociaż mieszkały w pałacu w innych latach.

Po wojnie dom, wcześniej użytkowanym jako ekskluzywna willa, zamieszkało z przydziału kilka rodzin (czasem nawet i 12). Stosunki między nimi były dobre, prawdziwie sąsiedzkie. Nowym mieszkańcom pałacu udawało się stworzyć maleńką wspólnotę tak podobną do filmowych mieszkańców kamienicy przy Złotej 25. Tylko dawne właścicielki Panie Skomorowskie żyły obok, trochę w swoim przedwojennym świecie. W domu mieszkała liczna dzieciarnia. Miejscem jej zabaw był ogród, ale wcale nie ta część za dzisiejszym muzeum (to był ostatni skrawek dawnej willi „Ino” użytkowany wyłącznie przez Zofię Skomorowską), lecz fragment sąsiadujący
z parkingiem PZU, pod oknami dawnych właścicielek. Starsza Pani Skomorowska wychylając się z okna krzykiem próbowała rozgonić hałasujące dzieciaki.

W związku z podziałem pałacu na szereg mieszkań, wiele z drzwi, łączących dawniej amfiladowo pokoje rezydencji było nieczynnych. W głębokich wnękach zamkniętych przejść pojawiały się półki, na których trzymano słoiki z przetworami na zimę. Zabite drzwi do mieszkania sióstr Skomorowskich, dla małych mieszkańców pałacu stanowiły nieczynne przejście
do innego wymiaru, często więc przez dziurkę od klucza zaglądały do pełnego starych przedmiotów pokoju dawnych właścicielek. Na samej górze, tam gdzie dzisiaj znajduje się magazyn zbiorów sztuki
była suszarnia z gniazdującym stadem gołębi, dokarmianych przez lokatorów domu. Najczęstszym wspólnym elementem wspomnień jest nieistniejący dzisiaj lew, a właściwie jego głowa. Bardzo długo nie mogłem zrozumieć o co chodzi. Dopiero Pani Marta wyjaśniła mi, że głową lwa zakończona była poręcz schodów, włożenie ręki do otwartej paszczy dla najmłodszych stanowiło nie lada wyzwanie – wczorajsza zagadka (do tekstu dołączam znalezione na niemieckich aukcjach internetowych odcięte z poręczy lwie głowy, bardzo podobne były w naszym muzeum; proponuję również Państwu odwiedzenie genialnej strony www.kamienicewpolsce.pl
i odnalezienie identycznych zabytków w Gorzowie i Chojnicach).

Niemal w każdym pokoju stał piec kaflowy, w sali Kasprowicza z zielonych kafli, na parterze, może
w dawnym pokoju dziecięcym, wielobarwny, ozdobiony motywem krasnali. Na podłogach nie było tak jak dzisiaj parkietu tylko deski pomalowane na orzechowy ciemny kolor, regularne mycie schodów przewija się we wspomnieniach. Toaleta znajdowała się na zewnątrz, wyjście tam wiązało się z głośnym zachowaniem, śpiewem, tupaniem, najlepiej w towarzystwie, w ubikacji mieszkały szczury.
Czasem w całym budynku rozchodził się zapach tranu, na którym jedna z rodzin smażyła placki ziemniaczane, którymi częstowano wszystkie miejscowe dzieci.
W mieszkaniu rodziny Tokarskich było pianino, stanowiące wielką atrakcję dla dzieciarni. Wspólne śpiewy i tańce przy akompaniamencie instrumentu Tokarskich budziły wielką radość.

W domu mieszkały rodziny Wodniaków, Budzyńskich, Tokarskich, Grajnertów, Leszczyńskich, Głowackich, Cichockich, Barczaków, Ignasiaków (senior rodu obdarzony długimi siwymi wąsami był postrachem najmłodszych), Pietrzaków, Nowaków, Lisieckich …
Tak wielu ludzi, tyle historii do zapisania i opowiedzenia. Mieszkańcy domu przy Solankowej 33 prosimy odezwijcie się!!! Czekamy na Was w Muzeum, może uda nam się wspólnie zorganizować spotkanie/zjazd lokatorów pałacu.
Kolejny raz dziękuję Paniom Marii Adaszyńskiej, Marcie Wojtaś i Bronisławie Kubiak bez Pań
nie opowiedziałbym tych historii. (Marcin Woźniak)

---

hostinghosting

Drobiazg dziewiąty z nieczynnego do odwołania Muzeum

 

Rozbitkowie z ul. Solankowej czyli naprawdę

smutna historia (cz.2)

Siostry Skomorowskie tuż po wojnie próbują żyć normalnie. Normalnie czyli tak jak przed wojną. Spacery w Solankach, wyjścia do sklepów, które znów prowadzą znajomi sprzed 1939 r. Zrujnowany kraj przyspiesza, odbudowuje się, „modernizuje”.

Ale w tej nowej rzeczywistości wokół dwóch samotnych kobiet, nie potrafiących znaleźć pracy, ubierających się zgodnie z kanonami mody lat trzydziestych, mówiących literacką polszczyzną, tworzy się pustka. Ich świat rozbija się na skałach „nowego świata”. Helena i Zofia Skomorowskie, niczym rozbitkowie na bezludnej wyspie, próbują przeżyć. Ich jedynym azylem staje się dom, właściwie wrak z przeszłości, ocalałe przedmioty, stara niemodna już odzież i ogród. Do nie swojego, bo podzielonego między innych domu, siostry wchodzą bocznym wejściem, przeskakując nad hałdą złożonego na dziedzińcu węgla.

Ich mieszkanie – dwa pokoiki – mieści się na piętrze. W mniejszym pomieszczeniu jest kuchnia, zagracona i brudna, w większym, podzielonym zasłoną z zimowych płaszczy i futer powieszonych na lince biegnącej przez cały pokój, sypialnia i „biuro”, gdzie przychodzą lokatorzy płacić czynsz.

Kobiety wychowane w domu z gosposią i kucharką, wyrzucone przez historię na „bezludną wyspę”, teraz muszą radzić sobie same. Rzeczywistość je przerasta. Wokół nich zbierają się śmieci i brud. Pamiętająca czasy przedwojenne odzież niszczeje, przeciera się, zużywa. Żarna czasu są nieubłagane – mielą i niszczą.

We wspomnieniach moich Rozmówczyń Helena Skomorowska, starsza z sióstr, przedstawiana jest jako kobieta dystyngowana o czarnych prostych włosach, ubierająca się na ciemno (może w nieustającej żałobie po kimś kogo zabrała wojna). Wycofana, unikająca innych, skryta w cieniu Zofii, młodszej siostry. W dziecięcych wspomnieniach powraca ekstrawagancki rudy kołnierz z lisiego futra z wypreparowanym pyszczkiem i szklanymi oczami.

O Zofii a właściwie Zosi Skomorowskiej, młodszej z sióstr, moje Rozmówczynie niezależnie od siebie powiedziały „kobieta kwiat”. Pewnie dlatego, że w przaśnych czasach PRL kobieta ubierająca się w zwiewne, powłóczyste, kolorowe, jedwabne sukienki (uszyte jeszcze w latach 30) dla dzieci była kwiatem, dla dorosłych już tylko dziwaczką. Na głowie w nieodłącznym słomianym kapeluszu, z biegiem lat

z coraz większa liczbą dziur, i kolorowymi apaszkami, chustkami wokół szyi. „Wokół Zosi ciągle coś fruwało” to słowa pani Marty. I to właśnie Zofia, ta romantyczna z sióstr, mierzyła się z codziennością.

Dziękuję Paniom Marii Adaszyńskiej, Marcie Wojtaś i Bronisławie Kubiak za rozmowę. Muzeum poszukuje każdej informacji o mieszkańcach, właścicielach, lokatorach pałacu przy ul. Solankowej 33.

Pomóżcie nam napisać historię tego miejsca.

Nie mamy żadnych fotografii Sióstr Skomorowskich dlatego prezentujemy dzisiaj obraz Wojciecha Gersona

„Dwie Siostry”, ten obraz też jest poszukiwany, zaginął w czasie II wojny światowej

(źródło :www.stratywojenne.muzeum.bydgoszcz.pl)

---

hostinghosting

Drobiazg ósmy z nieczynnego do odwołania Muzeum

Dwie siostry z ul. Solankowej czyli naprawdę smutna historia (cz.1)

Spójrzmy wstecz, na wczorajsze zdjęcie autorstwa Stanisława Droszcza (raz jeszcze dziękuję panu Rafałowi Szydłowskiemu za udostępnienie fotografii). Wielki dom, pałac otoczony bujną zielenią.

Prawdziwe Eden/Arkadia. Któż z nas nie chciałby spędzić w takim miejscu dzieciństwa/młodości?

To szczęście miały Wanda, Helena i Zosia, córki pana Emiliana Skomorowskiego właściciela pałacu przy Solankowej od 1924 r. Hrabianki przyjeżdżały do "Ina" na wakacje z Warszawy, gdzie mieszkały.

Czas spędzony w modnym uzdrowisku, w otoczonej ogrodem rodzinnej willi pełnej pokojów, zakamarków, tajemnic był z pewnością magiczny. Miasto tętniące życiem, koncerty w Solankach, przedstawienia

w teatrze, defilady i pokazy wojskowe, przeloty awionetek i zawody szybowcowe, w ówczesnym Inowrocławiu nie można było się nudzić.

Wybucha wojna. Rodzina Skomorowskich pozostaje w Warszawie. Ich inowrocławski dom staje się pensjonatem dla niemieckich żołnierzy zbierających siły po „frontowych trudach” w willi przy Adolf Hitler Strasse. Pewnie wtedy znikają piękne schody, a dawny reprezentacyjny hol przerobiony zostaje na kolejny pokój. A panny Skomorowskie? Wiemy, że Zosia Skomorowska była w powstaniu (chociaż w dostępnym na stronach Muzeum Powstania Warszawskiego „Spisie powstańczych biogramów” żadnej z dziewcząt nie odnalazłem).

Co dzieje się z Emilianem Skomorowskim, czy przeżył wojnę? Wiemy tylko, że po 1945 r. Wanda zostaje w stolicy a Helena i Zosia razem z poruszająca się na wózku matką (której imienia nie znam) wracają do Inowrocławia. Pewnie jadą tutaj z nadzieją, że wracają do domu, do siebie. Nowa rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

W imię „dziejowej sprawiedliwości” pałac przy ul. Solankowej (a w latach 1950-1956 ul. Stalingradzkiej) staje się wielorodzinnym budynkiem komunalnym. Paniom Skomorowskim łaskawie wydzielono dwa pokoje (dzisiaj mieszczą się tam muzealne biuro i wystawa Stanisława Przybyszewskiego)i sprowadzono do roli administratorek budynku, zbierających czynsze od mieszkańców.

W domu w którym mieszkała rodzina Skomorowskich żyje teraz nawet 12 rodzin, każda w jednym dawnym pokoju. Starsza pani Skomorowska całe dnie przebywa w domu, tylko wieczorami córki znoszą ją

na wózku do ogrodu, jedynego miejsca gdzie czują się jeszcze u siebie. Z pewnością żyją w strachu, co jeszcze przyniesie ten nowy czas, czy to nie wstęp do rewolucji niszczącej takie jak One relikty dawnych czasów? Ciąg dalszy jutro...

Dzisiejszy tekst stworzony jest z zasłyszanych historii, domysłów – dziękuję Paniom Marii Adaszyńskiej, Marcie Wojtaś i Bronisławie Kubiak za poświęcony czas i fascynujące rozmowy i wspomnienia).

Tekstowi towarzyszy reprodukcja obrazu Stanisława Wyspiańskiego „Panny Bobrówny” (z kolekcji prywatnej, pokazywanego w Muzeum Narodowym w Krakowie w czasie wystawy „Wyspiański - posłowie”) – może podobnie wyglądały siostry Skomorowskie w szczęśliwych czasach?

---

hostinghosting

Drobiazg szósty z nieczynnego do odwołania Muzeum

Inowrocławski poczet królów polskich ze Złotego Rogu (cz.2)

Zatem kogo sportretowano na pozostałych
5 plakietach? Historycy piszący o sztuce Inowrocławia powtarzają, iż były to wizerunki „zasłużonych dla miasta królów Polski”. Nie są niestety znane projekty i fotografie rzeźb Piotra Trieblera. Pocztówka z 1938 r. pozwala jedynie określić ich lokalizację (Fot.1 – dziękuję panu Romualdowi Szymańskiemu za udostępnienie reprodukcji).

Odpowiedź na postawione na wstępie pytanie przynosi list Juliana Szpunara z Leszna opublikowany w „Piaście” w 1938 r. pod tytułem „Trochę przykrych faktów (Artykuł dyskusyjny)”. Tekst dotyczy, mówiąc współcześnie, zagadnień promocji historii i zabytków miasta. Interesujący nas fragment brzmi:
„Istnieje w Inowrocławiu domek o historycznym znaczeniu, koło którego toczyły się zażarte boje powstańcze, koło którego lała się krew męczeńska bojowników o wolność Narodu. Sam domek, ozdobiony popiersiami Chrobrego, Kazimierza Wielkiego, Jagiełły, Jadwigi, Batorego, Sobieskiego oraz dwoma figurami, jest bodaj najciekawszym budynkiem w mieście, powstałym w roku 1832. (…) Ten dom powinien się stać muzeum inowrocławskim!!”

Znamy zatem wizerunki zdobiące „Złoty Róg”.
Były to bez wątpienia portrety naszych najwybitniejszych władców (związanych jednak bardziej z historią kraju, a nie miasta). Jak wyglądały? Spróbujmy sobie wyobrazić wiedząc, że źródłem inspiracji i wzorcem dla Piotra Trieblera był poczet Jana Matejki. Na marginesie warto zaznaczyć, że artysta korzystał z niego tworząc także pamiątkowe tablice ku czci Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego umieszczone w kościele Wniebowzięcia NMP w Bydgoszczy (niezachowane, lecz znane z fotografii). Plakiety inowrocławskie i bydgoskie zniszczone zostały przez Niemców w 1939 r. Pozostały jedynie pojedyncze haki wbite w drewnianą konstrukcję szachulcowego budynku, podtrzymujące przez 6 lat królewskie portrety na domu Czabańskich (ich odnalezienie polecam uważnym obserwatorom).

W przyszłości z pewnością zakończy się remont Złotego Rogu. Jego najpiękniejszym zwieńczeniem byłoby odsłonięcie galerii królewskich podobizn. Wydaje się, że nie mamy jednak szans na zawieszenie oryginałów, a nawet replik pierwotnych portretów.
Ale z pewnością jakiś rzeźbiarz obdarzony, powtórzmy za Stanisławem Wojewódzkim, „talentem o głębokiej kulturze artystycznej” stworzyć może nowy inowrocławski poczet królów. I znów, jak „przed wojną”, najmłodsi inowrocławianie pierwsze lekcje historii Polski odbywać będą w cieniu „Złotego Rogu” (fot.2).
(Dziękuję Pani dr Lidii Wakuluk z inowrocławskiego archiwum za pomoc w dotarciu do biogramu
P. Trieblera)
/Marcin Woźniak/

---

hostinghostinghostinghosting

Drobiazg czwarty z nieczynnego
do odwołania Muzeum

Gdzie ten wiatr ? Czyli o solankowej stacji meteo

Obiekt, o którym dzisiaj, chyba nie ma w języku polskim sobie tylko właściwej nazwy. W jego opisach znajdujemy określenia wskaźnik, kiosk meteorologiczny, barometr solankowy, szafka meteorologiczna, stacja pogodowa. W języku niemieckim to wettersaule czyli słup/kolumna pogodowa. Inowrocławska zabytkowa stacja pogodowa znajduje się w Solankach, w rejonie wejścia do parku i przypomina niewielką jasnozieloną wieżyczkę. Za przeszklonymi drzwiczkami kryją
się barometr, termometr, a zestaw przyrządów do obserwacji pogody uzupełnia wieńczący ją wiatrowskaz. Urządzenia takie pojawiły się w europejskich i amerykańskich miastach pod koniec
XIX wieku. Bardzo często można było je spotkać w miejscowościach turystycznych i uzdrowiskowych.

Zabytek inowrocławski wyprodukowała hamburska firma Annocent-Uhr-Actien-Gesellschaft, funkcjonująca w latach 1884-1895. Zachowane w Solankach żeliwne dzieło tej firmy reprezentuje bardzo popularny model stacji pogodowej. Około 1890 roku był on obecny w aż 400 miastach ówczesnych Niemiec. Na ziemiach dzisiejszej Polski, identyczne kolumny pogodowe zachowały się w Trzebnicy, Oławie, Międzyzdrojach, Goczałkowicach Zdroju. Obiekty te wyróżnia bogaty wystrój. Cztery, umieszczone pod daszkiem, tympanony zdobią wizerunki zwierząt, będących symbolicznym przedstawieniem podziału doby :
poranek - kogut z naszej wczorajszej zagadki,
dzień - pszczoły wokół ula,
wieczór - nietoperz
noc - sowa

Kolumny pogodowe pełniły na przełomie XIX i XX wieku funkcję dzisiejszych infokiosków. Obok informacji pogodowych, można było tam znaleźć zegar podający lokalny czas i datę, poznać godziny wschodu i zachodu Słońca i Księżyca, rozkład jazdy pociągów i tramwajów, podstawowe informacje o mieście i lokalne reklamy. Kres tej formie przekazywania informacji przyniosło dopiero radio.

Inowrocławska zabytkowa stacja meteorologiczna kryje pewną tajemnicę. Oglądając pocztówki z przełomu XIX i XX wieku zauważamy ją wcale nie w Solankach lecz w sąsiedztwie poczty przy ul. Królowej Jadwigi, w centralnym punkcie miasta. Stoi tam jeszcze w latach 20-tych XX wieku, lecz nagle znika. Odnajdujemy ją m.in. na fotografii z 1933 roku w Solankach, przed wejściem do głównego gmachu uzdrowiska, a więc nadal w miejscu innym niż dzisiejsze. Na pocztówkach z czasów II wojny światowej solankowy barometr ponownie znika. Prawdopodobnie jako przestarzały element uzdrowiskowej infrastruktury zostaje przesunięty na ubocze, w miejsce gdzie możemy oglądać go dzisiaj.

W 2012 roku zabytek przeszedł konserwację przywracającą mu pierwotną kolorystykę, wiatrowskaz
i różę wiatrów. Z pierwotnego meteorologicznego wyposażenia nie zachował się żaden element, na co wpływ miały jego wielokrotne przeprowadzki. Szczęśliwie jednak nie został zniszczony, nie trafił do huty tak jak identyczne stacje pogodowe z Barlinka, Głogowa, Gorzowa Wlkp, Krotoszyna, Krosna Odrzańskiego, Leszna, Szprotawy, Opola, Rybnika, Szczecinka, Szprotawy, Świebodzina, Złotorii, i Żar.

To swoisty paradoks, obiekty niegdyś powszechne
i popularne, podkreślające prestiż miasta, dzisiaj stały się unikatami, często niezauważanymi.
Przechodząc obok ponad stuletniej inowrocławskiej stacji pogodowej, tak jak dawni inowrocławianie, zatrzymajmy się na chwilę, spójrzmy na barometr, może i dla nas jego wskazówka wskazuje pogodę.
Zainteresowanych odsyłam do internetu i strony www.wettersaeulen-in-europa.de.
(Marcin Woźniak)

---

hostinghostinghosting

Dwie historie o inowrocławskich bocianach (cz.2)

Bocian ! Patrz ! Bocian ! Jak on żyje, to znaczy my też możemy. Bocian, bociuś !
Maks (Jerzy Stuhr) w filmie "Seksmisja" J.Machulskiego

Oglądając przedwojenne pocztówki prezentujące uroki inowrocławskich Solanek dostrzec można biało-czarnego ptaka, bociana kroczącego u wejścia do parku i po alejkach w pobliżu Zakładu Kąpieli Borowinowych nazywanych niegdyś nomen omen Błotnymi.

W przewodniku po Inowrocławiu z 1933 roku autorstwa S. Waszaka czytamy : "Szczególną popularnością wśród kuracjuszy cieszy się oswojony bocian, z którym łatwo zawrzeć znajomość".

Okazuje się, że w okresie międzywojennym, w czasach II wojny światowej i PRL inowrocławskie Solanki były swoistym bocianim azylem. Ptaki, którym nie udało
się odlecieć do tzw. ciepłych krajów lądowały niczym ptasi kuracjusze w parku, w którym jak pisał reporter "Dziennika Kujawskiego" bocian :
"W wiosenne i letnie dni spacerował sobie po parku,
a noce spędzał w zdrojowiskowych zabudowaniach...
Zimy przepędza poczciwy bociek w stajni obok koni...
Jako pożywienie otrzymuje posiekaną w drobne kawałki świeżą surową cielęcinę. Trzeba widzieć, jak pan bociek spożywa śniadanie i kolację.
Każdy kawałek cielęciny bierze w swój długi dziób i wkłada go do wiadra z wodą, opłukując starannie. Inaczej pan bociek żadnego kawałka mięsa nie zje. Tak to lubi on czysto jadać. Znają go dobrze kuracjusze i inni bywalcy Solanek. Roznieśli oni nawet wieść o boćku daleko po Polsce. Muszę się nawet przyznać, że nie znając jeszcze w ogóle Inowrocławia, słyszałem w Warszawie, że w Solankach przechadza się oswojony bociek".

Swojski inowrocławski solankowy bocian był zatem jedną z atrakcji uzdrowiska, swoistym znakiem rozpoznawczym Solanek. Dzisiaj to miejsce zajmują betonowy paw, wiewiórki. O solankowym boćku zapomniano. Może warto z tego drobnego lecz sympatycznego epizodu z dziejów Inowrocławia zrobić atrakcję, przypomnieć stawiając choćby pomniczek, rzeźbę, fontannę (są takie m.in.w Łodzi, Zurychu,
w Alcala). Tekstowi towarzyszy drzeworyt Andrzeja Dzikiewicza z widokiem Solanek oraz materiały archiwalne ze zbiorów Muzeum im. Jana Kasprowicza.

---

hostinghosting

Drobiazg pierwszy z nieczynnego do odwołania Muzeum

Dwie historie o inowrocławskich bocianach (część 1)

Bocian! Patrz! Bocian! Jak on żyje, to znaczy, że my też możemy. Bocian, bociuś!
Maks (Jerzy Stuhr) w filmie „Seksmisja” Juliusz Machulskiego

Wiosna!!! Wracam do domu, w Sikorowie unoszę głowę, rozglądam się, szukam. Przyleciał już? Gniazdo bociana na starej, olbrzymiej topoli jeszcze puste.

Ciekawe czy dawni mieszkańcy Inowrocławia wiosną wypatrywali bocianów? Czy kiedy przyleciały, wiadomość niosła się przez miasto? Gdzie szukać, wędrując w czasie, gniazda inowrocławskich boćków?

W 1834 spłonęła najstarsza budowla w Inowrocławiu, kościół pw. Imienia Najświętszej Maryi Panny. Ruiny romańskiej świątyni stały się, na ponad 60 lat, charakterystycznym elementem inowrocławskiego krajobrazu. Relikty kościoła, powszechnie nazywane „Ruiną” były największą atrakcją miasta. Wielu miłośników starożytności przybywało by je oglądać, czasem rysować. W latach 50 XIX w. szkic ruin wykonał F.D. Chotomski a opublikował w formie drzeworytu w Tygodniku Ilustrowanym I. Pelkowski – Fotografia nr 1(nr 23 z 1860 r.).

Na południowej, lepiej zachowanej wieży dostrzegamy dużego ptaka i gniazdo. Na wcześniejszym rysunku K.W. Kielisińskiego z ok. 1840 r. gniazda nie ma. Czy bocianie gniazdo jest tylko romantycznym ozdobnikiem ilustracji? W 1863 r. Józef Łepkowski, pierwszy polski profesor archeologii, zanotował pisząc o „Ruinie”: a zatem godzi się aby rychło zabrzmiała tu znów chwała Pańska, w której teraz wyręcza nas chyba klektanie bociana, co na gnieździe u szczytu wieży sam tu szanownych ruin stróżuje. Zatem około połowy XIX w. na zrujnowanej wieży romańskiego kościoła para bocianów zbudowały gniazdo. Dostrzegamy je na akwareli Napoleona Ordy z lat 70. XIX w. i fotografiach Meydenlendera z 1887 - fotografia 2 (dziękuję Marcinowi Danielewskiemu „odkrywcy” najstarszych zdjęć „Ruiny”).

Na tych ostatnich prezentuje się nad wyraz okazale, jest olbrzymie. Narożnik południowo-wschodni południowej wieży wieńczy gniazdo. Przez dziesięciolecia rozbudowywane i poprawiane za sprawą kolejnych generacji inowrocławskich boćków gniazdo osiągnęło wagę około 1 tony i wysokość ponad 1 m. We wspomnieniach ks. biskupa Antoniego Laubitza, który odbudował „Ruinę”, czytamy: Widok tego kościoła z gniazdem bocianim i całą boćków rodziną na zrębie południowej wieży, na ponurym tle chmur czarnych, oświetlanych w rąbkach zwałów błyskawicą, był wprost czarujący. Na fotografiach z 1896 r. gniazda już nie ma.
Czy zrzuciła je wichura, może ponownie burza uderzyła w „Ruinę” niszcząc tym razem bociani dom? Z pewnością nie uczynili tego ludzie, przecież jak pisał tęskniąc za Polską